Rozmowa z Refikiem Ličiną, autorem zbioru opowiadań „Szklarnie”

KSIĄŻKA JUŻ DO NABYCIA W NASZEJ KSIĘGARNI!!!

Refik Ličina

„Szklarnie”

Licina

Poniżej wywiad z pisarzem, w którym opowiada on o swojej twórczości, rodzinnych stronach, języku, tęsknocie i życiu na emigracji. Gorąco zachęcamy do lektury.

Miraš Martinović: Panie Ličina, proponuję zacząć od pańskiej ostatniej książki „Strach przed kwitnieniem” (org. Strah od behara), zbioru dziewiętnastu utworów prozatorskich. Skąd strach przed kwitnieniem, skoro jak wiadomo, kwitnące drzewa i płatki kwiatów asocjują uczucie szczęścia, ekscytacji… Piękna?

Refik Ličina: – Tytuł został nadany od jednego z opowiadań w zbiorze, które mówi o drzewach owocowych, pozostawionych przez ludzi, którzy opuścili swoje domy i majątki, przeważnie pod wpływem przemocy. Pozostawione drzewa już nigdy nie kwitną, a jedynie – jak mówi opowieść – zapowiadają powrót swego właściciela. Na kwitnienie w tytule nalegał poeta Ahmed Burić, jeden z recenzentów tekstu, za co jestem mu niezwykle wdzięczny. Wiadomo, że kwitnienie wywołuje radość, szczęście, o ile nie jesteś uchodźcą, który widzi je tylko w snach albo, co gorsze, tylko we wspomnieniach. Dodałbym, że książka jest pełna tych starych, wspaniałych odmian drzew, które kocham przesadnie, a które się przerzedzają i zanikają, toteż staram się je w swoich tekstach zaszczepić i przechować.

Pańskie opowieści rozgrywają się na terenie Novego Pazaru, a w szerszym znaczeniu przestrzennym, w Bihorze. Ta książka to najlepszy znak, że tak zwane małe tematy i małe miejsca mogą zrodzić wielką literaturę. Tu nie jest istotne miejsce ani tematy, lecz ten, kto je rozpoznaje i artykułuje w sposób literacki, czyli pisarz. To kolejny dowód, że w małych środowiskach i niekiedy z banalnych tematów można stworzyć wielką literaturę. Panu się to udało.

Oczywiście, że wielkość miejsca nie ma żadnego znaczenia dla literatury, gdyby było inaczej, na przykład Andriej Płatonow nie wyszedłby najlepiej ze swoim Czewengurem, podobnie G. G. Marquez z Macondo. Myślę, że sprawa lokalnego kolorytu, historii, tradycji i tematyki ma się tak jak sprawa z nieudolnie ozdobioną odzieżą. Pomaga pisarzowi czuć się pewniej, ale nie czyni go piękniejszym ani lepszym. Literatura, niezależnie od miejsca powstania, wciąż jeszcze dzieli się na dobrą i złą. A żeby była ona dobra, wymagana jest dobra znajomość rzemiosła, w szczególności lektur i języka.

A skoro już mówimy o Nowym Pazarze (który w ciągu ostatnich dziesięcioleci zamienił się w getto, szczęśliwe getto, dodałbym nie bez złości i rozpaczy, gdyż nie mogę wbić sobie do głowy, że w mieście, gdzie żyje 120 000 mieszkańców nie ma ani jednej grupy rockowej, ani jednego miejsca godnego zapamiętania, trybuny czy klubu, gdzie „młodzież nie szaleje, dyktatura nie dociska”), wymieniłbym go jako upiorny przykład tego, co się dzieje z miastem, które znalazło się na uboczu wszystkich ważnych dróg krajowych. Gdy przebiegała tamtędy Droga Konstantynopolska, łącząca go z jednej strony z Istambułem, a z drugiej z Dubrownikiem i światem łacińskim, Nowy Pazar posiadał status prawdziwego miasta, kwitła tam nauka, szkolnictwo i kultura, otwarta na wiele języków i bodźce ze wszystkich stron. Dzisiaj nie ma ani nauki ani dróg. Dziś są dwie-trzy lokalne telewizje, dwie prywatne uczelnie, dwóch muftich i niezwykle liczna grupa lokalnych pisarzy, którzy troszczą się o czystość ojczystych wartości duchowych, i nie zarazili się, jak ja i mnie podobni, „światowym chaosem.”

Rzeczywistość w pańskiej prozie jest niezwykle surowa… Dla czytelnika, a konkretnie dla mnie, wygląda to jak nadrealizm, fikcja… Jak jest w istocie? Na ile pańska rzeczywistość, ta, z którą się pan zmierzył w życiu, pomogła panu uczynić z niej literaturę?

Dla pisarza najważniejsze jest własne doświadczenie, zarówno to życiowe jak i czytelnicze. Już od swych pisarskich początków przychylałem się do stwierdzenia T. S. Eliotta, że wielki pisarz sam stwarza własną tradycję i w związku z tym, jeżeli zależy mu na sobie samym i własnym talencie, musi włożyć w to wiele trudu. A zatem, jeśli człowiek ma zamiar zajmować się pewnym realnym miejscem, już opisanym wspaniale przez Ćamila Sijaricia, albo asocjować „miasteczka i zakątki” Płatonowa czy Schulza, wówczas musi dobrze opanować ich technikę. Musi powściągnąć język, aby nie zwodził go na manowce ani w ślepe zaułki.

„Strach przed kwitnieniem” nie został napisany jednym tchem, nie jest też owocem szybkiego planu i realizacji. Zostały w nim zebrane opowiadania, przez lata odsuwane na bok i pozostawiane poza prozą, którą do tej pory opublikowałem („Szklarnie”, „Opowieści z oddali”, „Dni w Walhali”). Miały one jednak wspólny fundament – opowiadały o Nowym Pazarze i zostały napisane językiem, który teraz, w wieku dojrzałym, powrócił do mnie z dzieciństwa. Tego języka nauczyłem się najwięcej od bijacz (babek). Ta od strony matki pierwsza wprowadziła mnie w świat literatury, opowiadając gawędy i baśnie, a znała rozmaite baśnie, pochodziła z Kladuszy. Druga zaś zajmowała się wróżeniem i leczeniem ziołami każdej ludzkiej choroby, toteż jej leksyka pełna była flory i jeszcze do niedawna pamiętałem nazwy wszystkich roślin, jakie można było znaleźć na tych sandżackich łąkach i w ogrodach. Mając trzy lata przybyłem do Nowego Pazaru, w wieku lat sześciu mieszkałem w owianej złą sławą wiosce Potok, z której pochodzili najbardziej skłonni do przelewu krwi chłopcy. Mieszkałem przy cmentarzu żydowskim, a później, w wiosce Bukresz, przy muzułmańskim, a mając lat jedenaście każdego dnia dwa razy przechodziłem obok serbskiego cmentarza, toteż oprócz żywych, szybko poznałem też świat umarłych. I tak, aby nie przedłużać, przemieszczałem się wciąż z miejsca na miejsce i nigdzie nie traktowali mnie jak swojego, toteż pogodziłem się i przyzwyczaiłem do bezdomności. Wiele zdarzeń, wiele miejsc, zatem wszystko, co zostało zawarte w opowieściach przeważnie sam widziałem i przeżyłem, jednak wszystko, co w nich wartościowe to zasługa języka. Strasznie się wówczas wzajemnie, język i ja, pastwiliśmy nad sobą i siłowali.

Bihor to dziwna kraina. Tego lata po raz pierwszy zetknąłem się z tymi nadzwyczaj mitycznymi okolicami. I potem była już dla mnie zrozumiała przede wszystkim pańska literatura, ale też literatura pozostałych pana krajanów, pisarzy urodzonych w tych okolicach. W promieniu około dwudziestu kilometrów urodził się Ćamil Sijarić, Miodrag Bulatović, Safet Sijarić i Faiz Softić, Fehim Kajević… Czy pisarzy rodzi specyficzny klimat czy czas?

Mógłbym odpowiedzieć, że i ja tego lata widziałem wszystko znacznie lepiej. Urodziłem się w Bihorze, w wiosce Radmanci, ale miałem dwa lata, gdy moja rodzina wyjechała i przeprowadziła się do Nowego Pazaru. Dlatego nie pamiętałem ani jednego widoku z rodzinnych stron, ani też, aż do tego lata, nie widziałem go na własne oczy. Dlatego nie było mi łatwo znaleźć się w tym miejscu, gdy mój drogi gospodarz i przewodnik Mirsad Rastoder pokazywał mi okolicę i szukał „domu”, który niegdyś mógł należeć do nas. Tymczasem Godijevo, rodzinną wioskę mojej matki, pamiętam nieco lepiej – zachowałem kilka obrazów chaty krytej strzechą, z typowymi gatunkami drzew. Pamiętam kilka drzew owocowych na podwórzu, drewnianą pompę z omszałym korytkiem, po którym spływały srebrne strugi wody, jakieś ciemnozielone, płożące się rośliny przy drzwiach itd. Pamiętam również pokój, w którym każdego wieczoru babka opowiadała mi baśnie. Tak właśnie, jako trzy-czteroletnie dziecko, spędziłem z matką cały rok, podczas gdy ojciec pełnił obowiązkową służbę wojskową.

Pamiętam jednak Bihor w języku. Moja podstawowa leksyka pochodzi właśnie stąd. Do niedawna nie byłem tego świadomy, tkwiło mi to w podświadomości, ale gdy już zakończyłem pracę nad rękopisem, zaproponowano mi zarówno ze strony czarnogórskiej jak i bośniackiej (książka wyjdzie w sarajewskim wydawnictwie „BuyBook”), abym dołączył słownik mniej znanych słów i wyrażeń, co mnie bardzo zdziwiło. Bo skoro na tych terenach ludzie nie rozumieją mojego języka, to nie wiem już, gdzie mogą mnie zrozumieć. Rozczytując teksty na nowo odkryłem mnóstwo wyrażeń i pojęć, których znaczenia poza kontekstem nie potrafiłem wyjaśnić. Zawsze ich unikałem. Takie słowa, specyficzne archaizmy lub lokalizmy mogą być niebezpieczne, jeżeli nie zostaną użyte we właściwym miejscu, jeśli zatem nie są niezbędne, a w tym przypadku są, to chyba istnieją tylko po to, żeby podkreślić irrelewantną przynależność narodową, religijną czy inną pisarza.

Kwestia języka na Bałkanach jest niezwykle istotna ze względu na wielką różnorodność kulturową na tym terenie, a status dialektów jest znacznie wyższy, niż ma to miejsce np. w polszczyźnie. Oznacza to, że język (dialekt), którym ludzie porozumiewają się na co dzień, jest znacznie bardziej zróżnicowany względem standardu literackiego. Ponadto, jako echo niedawnej wspólnoty w ramach wspólnego państwa jugosłowiańskiego, kwestią problematyczną pozostają różnice pomiędzy językiem serbskim, chorwackim i bośniackim oraz ich poszczególnymi odmianami regionalnymi. Różnice są na tyle niewielkie, że nie utrudniają komunikacji, jednakże na tyle wyraźne, że powodują natychmiastową identyfikację rozmówcy pod względem tożsamości narodowej, bądź religijnej.

Autor powieści „Szklarnie”, Refik Ličina urodził się w Czarnogórze (gdzie przeważają prawosławni Serbowie), a następnie wiele lat spędził w Sandżaku (południowo-zachodnia Serbia, zamieszkana głównie przez ludność muzułmańską), stąd w język, którym się posługuje stanowi swoisty konglomerat mowy czarnogórskich Serbów z licznymi wpływami turcyzmów w warstwie leksykalnej. (przyp. tłum.)

Tereny Bihoru posiadają swój genius loci. Lawrence Durrel szczególnie akcentował właśnie tego ducha. Wyżej wymienieni pisarze, a pan pośród nich, rozpoznali tego ducha, ducha atmosfery i każdy artykułował go na swój, indywidualny i różny, a w głębi rozpoznawalny, sposób. Ja bym to nazwał duchem ziemi bihorskiej.

Nie wiem czy ten duch ziemi bihorskiej odnosi się całkowicie do mnie. Moja proza, oprócz ostatniej książki, nie jest określona geograficznie. Jeśli czytelnik weźmie do ręki „Szklarnie”, mój pierwszy zbiór prozy, sam się o tym przekona. Co się zaś tyczy „Strachu przed kwitnieniem”, również jest on nieco odsunięty stąd. Są to głównie urbanistyczne opowieści „miasteczkowe”, prawie nie ma tych bihorskich pejzaży i mieszkańców Bihoru, podmiejskich polan, gęsto zaludnionych miasteczek, ciasnych uliczek, rynków, ogródków, warsztatów, koniuszych, obiboków i wszelkich drobnych rzemieślników. Zresztą, wszystko to tak niepewne istnienia, nikt nie stoi twardo na ziemi. I prawie wszyscy są przybyszami z Bihoru. Mogłyby to być dzieci i wnuki tego Zemka z powieści Sijaricia „Bihorci”, bohatera, który wyjechał do Turcji, lecz potem wrócił. I teraz, w moich opowiadaniach, jego następcy zeszli do Nowego Pazaru, a stąd, wielu rozpierzchło się po całym świecie.

Pan opuścił te okolice w 1994 r. i niemal od dwóch dekad mieszka pan daleko stąd. Wyjechał pan w tym chaotycznym czasie, którego atmosferę można wyczuć w pana prozie. Jak to jest żyć z dala od ojczyzny, od języka, bez którego nie sposób wyobrazić sobie pisarza? Wydaje mi się, że strach przed utratą ojczyzny i języka czyni, pańską prozę sugestywną. Czytając „Strach przed kwitnieniem” miałem wrażenie, że pisał pan ten zbiór tak, jak się pisze testament. Ta właśnie książka jest dla mnie testamentalna.

Opuściłem Nowy Pazar pod koniec 1991 r. Czułem niezmierny wstyd z powodu wszystkich tych nacjonalistycznych obrzydliwości i zawirowań. Pracowałem w bibliotece miejskiej i pewnego dnia, gdy spoglądałem z okna biblioteki na rynek miejski coś we mnie pękło, poszedłem do domu na przerwie obiadowej, wziąłem paszport i wsiadłem w pierwszy autobus jadący z Nowego Pazaru w świat.

Życie bez ojczyzny to ogromna męka. Nie chciałbym zbyt wiele o tym mówić, to daremne. To można przeżyć, ale nie da się opisać. Mogę powiedzieć tylko tyle: na obczyźnie język staje się jedyną ojczyzną. Język, który zabrałeś ze sobą. Mieszkam w Szwecji prawie dwadzieścia lat i kiedy tu wracam i słyszę, jak się mówi w Sarajewie, w Belgradzie, w Nowym Pazarze, Petnjicy itd., nietrudno mi zrozumieć, że i tu jestem obcy i że już nikt nie mówi językiem, w którym ja mówię. Język, podobnie jak wszystko inne, strasznie się zmienił. Najpierw cierpiałem z tego powodu, lecz później odwróciłem to nieszczęście na wskroś: skoro nikt już nie mówi w moim języku, nazwę go swoim ojczystym i będę z nim robił, co zechcę. On jest całym moim bogactwem, zarówno materialnym jak i duchowym, on jest moją Itaką, innej nie mam.

Staje się pan szwedzkim poetą; publikują pana w tamtejszych czasopismach, jeden tomik poezji już został opublikowany, drugi wkrótce się ukaże. Jakie to uczucie żyć pomiędzy dwoma językami? Brodski równie dobrze pisał po angielsku i po rosyjsku, ale swoją duszę, głęboką i delikatną duszę poetycką, mógł wyrazić jedynie w swoim języku. Jak jest w pana przypadku?

Stałem się jedynie poetą-obcokrajowcem, którego wiersze w przekładzie coraz chętniej publikują szwedzkie czasopisma. W 2009. wydano mój pierwszy wybór poezji, a właśnie wychodzi z druku wybór prozy, w którym znalazło się też kilka opowiadań ze „Strachu…” Nie piszę poezji ani prozy po szwedzku, jeśli naprawdę istnieje taka potrzeba, mogę napisać jakiś łatwiejszy tekst albo przetłumaczyć coś z języka ojczystego. Życie pomiędzy dwoma językami jest z jednej strony dobre – dostajesz w prezencie kolejną literaturę, wybierasz z niej to, co ci odpowiada, sprawdzasz również swoją „wielkość”, wiersze, które w twoim języku były „prawie genialne”, w innym stają się nijakie, z drugiej strony, język ojczysty bywa suchy, traci barwę, melodię, świeżość i aby to zachować, musisz w to włożyć całą istotę. Poza tym, języki te są w ciągłym konflikcie i aby je jakoś pogodzić, musiałem się zająć przekładem. Tłumaczę głównie poezję.

Oscyluje pan pomiędzy poezją i prozą, co przeważa, czemu daje pan prym? Czy są to dwie jednakowo ważne formy wyrazu, którymi posługuje się pan w równym stopniu, aby wyrazić swoje przesłanie i zrealizować tematy, które każdy pisarz transformuje w swojej literaturze.

Wolę krótkie formy, a najbardziej poezję. Lubię także krótką prozę i myślę, że formę często określa to, co pragniemy powiedzieć.

Tłumaczył pan również pisarzy z naszych terenów na język szwedzki. Czy ma pan w planach sporządzić swoistą panoramę poezji czarnogórskiej?

Do niedawna tłumaczyłem wyłącznie ze szwedzkiego na ojczysty. Przełożyłem całą poezję Tomasa Tranströmera, potem również wybór wierszy Larsa Gustafssona i Bengta Emila Jonsona. W przygotowaniu znajduje się m. in. antologia współczesnej poezji szwedzkiej oraz wybór wierszy Magnusa William-Olssona. Pod koniec zeszłego roku, w obliczu potrzeby, zacząłem tłumaczyć z języka ojczystego na szwedzki. Przyznaję, że to było jakbym szedł przez tunel z zawiązanymi oczyma. Tak czy inaczej, przełożyłem kilkoro młodych poetów, a jeżeli starczy zdrowia i talentu, mam zamiar przygotować i przełożyć również kilkoro autorów z kraju, w którym się urodziłem.

przełożyła: Agnieszka Żuchowska-Arendt


Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s